Jak Japończycy naprawdę traktują kobiety

Aleksandra Zalewska

Japonia lubi prezentować się jako kraj, który dawno przerósł problemy społeczne typowe dla Zachodu. Szybkie pociągi, precyzja, czyste ulice i grzeczni pracownicy robią swoje. Ale wystarczy zajrzeć w dane dotyczące sytuacji kobiet, żeby ten obraz zaczął się nieco marszczyć. Może nie dramatycznie, ale wystarczająco, by zrozumieć, że modernizacja technologiczna wcale nie musi iść w parze z modernizacją społeczną.

Najprościej zacząć od rynku pracy, bo liczby są najbardziej szczere. W 2024 roku stopa zatrudnienia kobiet w Japonii wyniosła 73,7 procent. To wygląda imponująco, dopóki nie doprecyzujemy, że ponad połowa pracujących kobiet jest zatrudniona na umowach nieregularnych. Takie umowy oznaczają niższe zarobki, słabszą ochronę i praktycznie zerową ścieżkę awansu. Innymi słowy: pracują, ale w ramach systemu, który gwarantuje im dużo obowiązków i mało stabilności.

Luka płacowa też nie pozostawia pola do interpretacji. Różnica między medianą zarobków kobiet i mężczyzn to w Japonii wciąż około 21 do 22 procent. Można próbować wyjaśniać to przerwami na macierzyństwo czy różnicami w stażu pracy, ale nawet po odjęciu tych czynników japoński rynek pracy pozostaje jednym z bardziej nierównych wśród państw rozwiniętych.

Jeszcze ostrzej wyglądają dane dotyczące stanowisk kierowniczych. W prywatnym sektorze kobiety stanowią tylko około 13 procent kadry menedżerskiej. W administracji publicznej jest trochę lepiej, ale nadal daleko od równowagi: kobiety to zaledwie 32,7 procent pracowników centralnych urzędów. O funkcjach decyzyjnych nie warto wspominać, bo tam proporcje robią się jeszcze bardziej przechylone. Gdyby ktoś patrzył wyłącznie na te liczby, mógłby dojść do wniosku, że Japonia jest krajem, w którym kobiety pracują, ale nie po to, by awansować.

W sferze prywatnej sytuacja wcale nie jest bardziej nowoczesna. Japońskie państwo od lat próbuje zachęcać obywateli do posiadania dzieci, bo kryzys demograficzny zbliża się wielkimi krokami. Jednak cały ciężar opieki w praktyce wciąż spada głównie na kobiety. Urlopy tacierzyńskie istnieją, ale w większości przypadków są wykorzystywane symbolicznie. System przedszkoli nie nadąża za realnymi potrzebami, a długie godziny pracy, będące częścią japońskiej kultury korporacyjnej, uniemożliwiają prawdziwe dzielenie się obowiązkami.

Mimo to w Japonii coś się zmienia, choć powoli. Młode kobiety coraz częściej mówią głośno o dyskryminacji, molestowaniu i presji społecznej. Pojawiają się procesy sądowe, które kilkanaście lat temu byłyby nie do pomyślenia. Liczba kobiet w polityce rośnie, choć nadal jest niska. Zmienia się też stosunek do małżeństwa i rodziny. Coraz więcej młodych Japonek otwarcie deklaruje, że nie zamierza poświęcać kariery tylko po to, żeby spełnić oczekiwania społeczne starszego pokolenia.

Problem polega na tym, że tempo zmian jest wolniejsze niż tempo starzenia się japońskiego społeczeństwa. System pracy wciąż premiuje lojalność, długie godziny i dyspozycyjność, czyli cechy łatwiejsze do utrzymania dla osób, które nie zajmują się dziećmi. To automatycznie ustawia kobiety na przegranej pozycji, a mężczyzn bierze w karby kultury, w której ich wartość mierzy się liczbą godzin w biurze. W efekcie nikt nie jest wygrany, choć kobiety z pewnością tracą więcej.

Czy Japonia jest krajem, w którym kobiety są otwarcie dyskryminowane. Nie aż tak. Ale jest krajem, który dźwiga na plecach długą tradycję oczekiwań wobec kobiet i równie długą historię ignorowania ich potrzeb. Statystyki po prostu przypominają, że za uprzejmymi uśmiechami i uporządkowaną codziennością kryją się zjawiska znacznie mniej harmonijne.

Jeśli Japonia naprawdę chce powalczyć o przyszłość, nie wystarczy modernizować technologii. Trzeba jeszcze odświeżyć to, co dzieje się w biurach, domach i polityce. A te zmiany, jak na razie, nadchodzą wolniej niż pociągi Shinkansen.

Udostępnij artykuł
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *